book author fav

I. A miało być tak pięknie

niedziela, 9 sierpnia 2009 15:02:19

Znalazła. Wreszcie. Nic więcej już nie potrzeba.
Glen uśmiechnęła się pod nosem wyciągając z szafy pomiętą sukienkę. Czerwona, w białe grochy. Ostatni raz miała ją na sobie pół roku temu na urodzinach ciotki Jodie. Od tamtej pory pewne już wszyscy o tym zapomnieli. Wystarczy ją wyprać, porządnie wyprasować i będzie jak nowa. Zupełnie. Założy do niej ten czarny, krótki sweterek. Czarny wyszczupla, grochy są takie dziewczęce. Będzie dobrze... Dobrze będzie, łudziła się spoglądając z rosnącą niechęcią na swoje odbicie w zakurzonym lustrze. Przy ostatnim sprzątaniu najwyraźniej zapomniała je przetrzeć. Odłożyła sukienkę na oparcie krzesła i pobiegła na dół znaleźć ściereczkę. Szybko namoczyła ją zimną wodą i wróciła do pokoju. Brud rozmazał się po srebrnej tafli szarymi smugami. No tak, trzeba było wziąć jeszcze płyn do mycia szyb i luster. Kolejny kurs do składziku. Butelka pusta. W szopie powinien być jakiś zapas. Buty, klucze i biegiem na dwór. Słońce grzało niemiłosiernie. Środek lata. Byle szybciej, nie chciała się opalić. Jak wyglądałaby czerwona sukienka na tle czerwonej skóry? Woli o tym nie myśleć. W pośpiechu potyka się o wystający ze ścieżki kamień. Upada na ręce, cudem udaje się uchronić od otarcia kolana. Jak prezentowałyby się sinoczerwone strupy wystające spod sukienki? Tyle razy już prosiła tatę, żeby wykopał ten kamień. Zawsze to ona się o niego potykała. Pewnie dopiero gdy się przewróci na śmierć, coś z tym zrobią. Skóra na dłoniach zaczerwieniona, piecze. To nieważne, zaraz przestanie. Ważne, że w szopce jest butelka z płynem. W podskokach wraca do domu, omijając zdradziecki kamień szeroki łukiem. Pojutrze sama weźmie łopatę i go usunie.
Lustro czyste, buzia uśmiechnięta. Można dokończyć oględziny. Odwraca się z zadowoleniem w stronę krzesła. Blednie. Gdzie sukienka? Popłoch, panika. Przecież ją tu odkładała. Dokładnie tu. Tu leżała. Jeszcze pięć minut temu. Stara się zachować spokój. Przeszukuje szafę. Na próżno. Nie ma, nie ma nigdzie. Czuje nieprzyjemne ciarki na plecach. Co mogło się stać? No co? Nie było jej dokładnie pięć minut. Ze łzami w oczach szuka w łazience. Bez skutku. Zbiega na dół. Aż dostaje zadyszki. Z wysiłku, ze zdenerwowania.
- Mamo! Widziałaś moją sukienkę? Tę czerwoną w groszki. Nie ma... - krzyczy jeszcze ze schodów. Dobiega ją z kuchni wesoły śmiech. Młodsza siostra z czegoś bardzo się cieszy. Z radosnym świergotem wbiega do salonu. W rękach trzyma ukochaną lalkę. Okrąża dwa razy stolik przed sofą i zachwycona zatrzymuje się przy drzwiach do kuchni.
- Patrz, Glen! Moja lalka ma... - szczebiocze rozanielona.
Słowa umykają gdzieś w dal. Nie! Nie. Nie... Tak, lalka ma na sobie nową sukienkę. Na razie tylko obwiązaną w talii paseczkiem, elementy jeszcze nie są zszyte. Długa, zwiewna czerwona sukienka w białe grochy.
- Mamo!
Wpada zapłakana do kuchni. Na brzegu stołu dostrzega strzępy czerwonego materiału. Drugi kawałek zsuwa się właśnie na podłogę. Jest śliski, chłodny, gdy go podnosi. Trzęsie się.
- Tak, Glen? - Mama przygląda się jej z uśmiechem, który momentalnie przeradza się w zaniepokojenie. - Coś się stało? Jesteś blada.
Nie potrafi wykrztusić słowa. Patrzy tylko z wyrzutem wskazując na pociętą tkaninę.
- Zaraz skończę tę sukienkę dla Lary. Kwadrans i wezmę się za robienie obiadu. Lily tak długo prosiła o nową kreację dla lalki. Zabiera ją jutro na festyn. Ale Glen... Co ci jest? Skarbie...
Matka siłą sadza ja na krześle. Próbuje wyjąć z dłoni czerwone strzępy, ale palce są zbyt mocno zaciśnięte. Opuszki bieleją.
- Glen.
Między kolejnymi szlochami podnosi głowę i ze smutkiem spogląda na poruszoną lękiem twarz przed sobą. Widzi niewyraźnie, obraz wiruje zamazując krawędzie. Tylko barwne plamy. Wszystko w białe grochy. Zbiera się w sobie.
- To ja miałam iść w tej sukience. Ja... - szepcze drżącymi wargami. Zamyka oczy. Miało być tak pięknie. Wyrywa się. Zatrzaskuje drzwi do swojego pokoju. Nie chce widzieć nikogo. Już nigdy. Nikogo!
Zrozpaczona rzuca się na łóżko. Otula ramionami poduszkę, krzyczy. Drży coraz bardziej. Zsuwa się z łóżka na podłogę. Płacz, krzyk wyrywają się z gardła niekontrolowane. Słone nieszczęście spływa po pulchnych policzkach, wsiąka w kolorowe zawijasy na poszewce. Pukanie do drzwi. Nie odpowiada. Nie chce widzieć nikogo! Nigdy! Przenigdy! Drzwi nie ustępują po pierwszym naciśnięciu klamki. Trzeba je lekko unieść, przyciągnąć do siebie i dopiero wtedy popchnąć. Lily już by pobiegła po kogoś dorosłego. To mama. Zna sposób. Siada obok na łóżku.
- Kochanie...
Zakrywa twarz. Nie chce słuchać! Nie będzie!
- Glen, Lily nie wiedziała...
Nie wytrzymuje. Emocje biorą górę. Tak rzadko się denerwuje, zazwyczaj ukrywa uczucia. Rodzina nie jest przyzwyczajona do jej płaczu, nie mają pojęcia, jak powinni reagować. Zawsze to Glen wszystkich pociesza, przytula i osusza łzy.
Zaciska pięści. Uderza w podłogę. Czuje tępy ból. To pomaga na ułamek sekundy oderwać się od rozpaczy. Jeszcze raz, drugi, piąty. Ból narasta, dochodzi aż do nadgarstków. Nie, to nie od ciosu. Ktoś mocno łapie ją za ręce i ściska aż do bólu. Nie puszcza mimo krzyku.
- Krzycz, krzycz - słyszy tuż przy uchu. James, jak zawsze mówi za głośno. Odpowiada mu milczenie. - Przez ciebie Lily wpadła w histerię. Wiesz, jak trudno ją uspokoić. Uciekła na podwórko, mało jej nie rozjechałem samochodem.
- Ty... - rzuca ze złością, bezskutecznie próbując wyrwać ręce z uścisku. James jest bardzo silny, stanowczy. W jego oczach również widzi złość i zacięcie.
- To tylko głupia sukienka.
Puszcza ją. Ramiona jej drżą. Znów płacze. Słyszy oddalające się kroki, trzask drzwi, brzęk tłuczonego szkła. Wreszcie trafiło ten ohydny wazon na stoliku przed sypialnią rodziców, myśli z satysfakcją. Zaraz potem żałuje. To była pamiątka po jakiejś dalekiej ciotce. To nic, że nikt jej nie lubił. Ważne, ze wazon... James będzie musiał się gęsto tłumaczyć. Nie wiedzieć czemu, mama bardzo lubiła to szkaradztwo. Ale na pewno nie bardziej, niż ona swoją sukienkę. Ciche pukanie do drzwi. Dwukrotne.
- Odejdź.
Ciche szuranie. Ciężkie, męskie kroki. James nie bez problemu otwiera drzwi, Lily natychmiast wślizguje się do środka. Zapłakana staje w progu.
- Glen! Przepraszam!
Nie wierzy. Nie chce. Odwraca się i znów ukrywa w poduszce. Dziecięce palce głaszczą ją po głowie. Zawsze lubiła ich delikatny dotyk, ciepło. Tym razem odpycha siostrę niechętnie.
- Zostaw mnie.
- Ale... - Lily z błagalnym spojrzeniem kuca obok niej. - Przepraszam...
- Powiedziałam odejdź - niemal krzyczy, za głośno. Jest wściekła, ale nie chciała jej nastraszyć. A może chciała? Co innego może zrobić? Nie umie... Nie panuje...
- Ale Glen... - Mała nie poddaje się łatwo, ale czując na sobie wrogie spojrzenie znika natychmiast. Pewnie zaraz przybiegnie reszta nawrzucać jej, że źle traktuje dziecko, że jako starsza... Ale nie pojawia się nikt. Nasłuchuje uważnie. Z kuchni dolatuje zapach gotowanych brokułów, z jadalni skrzypienie krzeseł. Zaraz będą jedli obiad. Więc jej rozpacz, jej zmartwienie... są dla nich niczym? Zupełnie nieistotne. Jak ona sama. Mogła się tego spodziewać. Pewnie naśmiewają się teraz z jej wybuchu, z pulchnych policzków. Zbiorowo pocieszają małą zdrajczynię.
Zrywa się z podłogi. Wybiega z domu, rzucając tylko krótkie, pełne pretensji "wychodzę" w nieokreśloną stronę, bez odbiorcy. Skoro ich nie obchodzi, to po co właściwie ma mówić cokolwiek. Klamka umyka z ręki, przejście zagradza jej ciało Jamesa. Jest potężny, wysoki. Nie da rady.
- Chodź do kuchni. Chcemy z tobą pogadać - prosi szorstko. Nie jest dobry w znoszeniu takich sytuacji, ale po oczach widać, że bardzo chciałby jej pomóc. Nieporadnie wyciąga swoje długie, silne ramiona i przytula ją niepewnie. Nie wyrywa się. Nie dlatego, że nie miałaby szans. Tak po prostu...
- Nie chcę z wami rozmawiać. - Ból jest zbyt silny, by mógł przeminąć tak szybko, bez śladu.
- Siostra, chodź. - Popycha ją delikatnie w kierunku kuchni. Wszyscy stoją. Miny mają niepewne, zmieszane. Na blacie czerwone strzępy w białe grochy. Rodzinne zgromadzenie. Lily tuli się mocno do nogi taty.
- Glen... Powiedz...
Nie wiem, kto zaczął, nie chce wiedzieć. Chce mieć to już za sobą. Zaciska powieki.
- Wyjęłam sukienkę z szafy. Położyłam na krześle - chlipie, co chwila pociągając nosem. - Wyszłam tylko na chwilę, po rzeczy do mycia lustra... Ona ukradła mi sukienkę. Z mamą pocięły ją na kawałki. Na sukienkę dla lalki... - Zawiesza głos. Boli. Miało być tak pięknie. - Chciałam pójść w niej na festyn... A ona ją...
- Glen, spokojnie. Możesz pójść w innej. To tylko głupia... - Tata próbuje po swojemu. Tak, dla niego to tylko głupia, nic nie znacząca szmatka, przejaw damskiej próżności. - Założysz inną i będzie równie dobrze - powtarza z przekonaniem.
- Nie, nie będzie - odburkuje rozjuszona na nowo. - Nie będzie! Nie mam innej! Ta była jedyna. A ona... - Przerywa w pół słowa. Wie, że tylko pogarsza swój stan. Może to rzeczywiście tylko głupia sukienka? Może nie warto?
- Przepraszam! - przez kamienną ciszę przebija się piskliwy, wibrujący od łez głosik. - Glen, przepraszam. Nie chciałam. To nie było specjalnie. Mówiłaś, że będziesz robiła porządki i wyrzucisz rzeczy, których nie nosisz. I będę mogła je sobie wziąć... Przepraszam. Może da się ją pozszywać?
- Nie, nie da się, dobrze o tym wiesz. - Właściwie mała ma rację. Tylko porządki miała robić w przyszłym tygodniu! Ale tego dziecko już nie zapamiętało... Nie umie się dłużej gniewać. Zrezygnowana siada na krześle. Perliste łzy bezsilności spadają z pobladłych policzków. Znaczą ciemnymi plamkami zieleń bluzki.
- Nie powinnam tak na ciebie krzyczeć. Też przepraszam.
Uścisk przebaczenia. Tak niewiele trzeba, żeby na rumianej twarzyczce Lily pojawił się uśmiech. Głupia sukienka. Mama kładzie dłoń na jej ramieniu, szepcze coś do ucha tacie. Ten tylko kiwa głową. Niech już tak będzie. James zdezorientowany rozgląda się po kuchni.
- Sklepy w miasteczku powinny być jeszcze otwarte. Jeśli się pospieszycie, może uda się coś znaleźć. James, możesz wziąć samochód taty, byle ostrożnie.

Było źle. Było gorzej, coraz gorzej. Jeszcze gorzej niż najgorsze gorzej z jej najgorszych snów. Nie mogła sobie wyobrazić, że może być tak źle. Nic nie pasowało. Nic! James bez komentarza, za to ze znudzoną miną i częstym ziewaniem, ponurym wzrokiem przyglądał się poczynaniom siostry. Zaczynało go to wszystko już trochę irytować. Wiedział jednak, że nic nie może poradzić. Trwał więc na miejscu, na zmianę kręcąc lub kiwając głową. Kątem oka zauważał czasem przewijające się przez sklep klientki. Większość z nich znał. W lokalnej społeczności trudno było pozostać anonimowym, niezauważonym. Właśnie jakaś rozchichotana banda dziewczyn usiłowała przepchnąć się przez drzwi. Chodziły do tej samej szkoły, chyba nawet do klasy Glen. Nawet nie zdając sobie z tego sprawy, wytężył wzrok. Może będzie wśród nich Caroline? Nie spodziewał się zobaczyć jej w sklepie tego typu, u nich w miasteczku. Ubierała się tylko na wyprzedażach w wielkich miastach, które regularnie odwiedzała z matką lub macochą. O każdym jej nowym nabytku przez kilka dni trąbiła cała szkoła. Caroline była najbardziej światową ze wszystkich nastolatków w miasteczku i okolicach. O dziwo, uważne spojrzenie Jamesa wyłowiło ją z tłumku roześmianych dziewuch. Była od nich nieco wyższa, modnie uczesana, wymalowana. Zgrabne ciało wdzięcznie opinały dobrze dobrane ciuszki. Uśmiechnęła się krzywo przeglądając pobieżnie ubrania na wieszakach. Większość z nich ominęła obojętnie. Chwilę dłużej zatrzymała się jedynie przy Jamesie.
- Witaj, Caroline – odburknął, rzucając za nią tęskne spojrzenie. Trzeba było podjąć męską decyzję. Tak, mógł to zrobić. Kilka kroków, zaraz ją złapie. Wpadł na nią tuż za rogiem ściany.
- James? - Słodycz jej głosu rozlała się w jego duszy niczym nektar. - Mówiłeś coś? Jeśli nie, to wybacz, ale...
- Zaczekaj, Caroline. - Podrapał się niezdarnie po głowie. - Właściwie to mam do ciebie pewną sprawę... - zawiesił głos, gorączkowo zastanawiając się, jak właściwie to powiedzieć, żeby wypaść jak najkorzystniej. Zapraszanie dziewczyn gdziekolwiek nigdy nie wychodziło mu dobrze. Na boisku był niekwestionowanym mistrzem, poza nim - a już zwłaszcza w obchodzeniu się z przedstawicielkami płci pięknej innymi niż jego siedmioletnia siostra Lily i mama - radził sobie raczej dość marnie.
- Tak? - nerwowo podłapała blondynka uśmiechając się zachęcająco. Jej śnieżnobiały uśmiech, dzieło sztabu światowej sławy stomatologów, wręcz oślepiał.
- Tak, się właśnie zastanawiałem... Czy może... Czy ty może byś... Czy może pomogłabyś mi znaleźć sukienkę dla Glen? - wydusił w końcu. Zacisnął pięści. Tak to jest porywać się z motyką na słońce.
- Właśnie o to chciałeś mnie zapytać? - Zerknęła na niego pobłażliwie. Czego właściwie mogła się spodziewać po bezmózgim mięśniaku, za którego go uważała? Dobre sobie... Ale w końcu był kapitanem drużyny, niezłym przystojniakiem. Jedna z lepszych "partii" w szkolnych rankingach. W sumie nie zaszkodziłoby się z nim zabawić... - Miałam nadzieję, że zaprosisz mnie na festiwal. Byłoby całkiem miło nie uważasz? Chyba że już z kimś idziesz, no to...
- Nie, nie. Właśnie o to mi chodziło - odparł speszony i uradowany jednocześnie. Nie mógł uwierzyć we własne szczęście - naiwność, jak go w myślach podsumowała Caroline. - To widzimy się jutro o siódmej u mnie. A jeśli idzie o sukienkę dla Gwen... To ta drobna szatynka, tak? Dobrze kojarzę? - Doskonale wiedziała, że Glen wygląda zupełnie inaczej.
Chłopak pokiwał głową. To nic, że jego siostra miała na imię Glen, nie Gwen, i była blondynką. To nic, że wiele by można o niej powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest drobna. Zgodziłby się teraz na wszystko, aby tylko zjawiskowa Caroline poświęciła mu więcej czasu.
- Pomyślmy... Może ta? - Z premedytacją i pełnym złośliwości uśmiechem sięgnęła po najbrzydszą w całym sklepie sukienkę. Nieforemną, kusą, świńskoróżową. - Gwen ma takie śliczne rumieńce, to dobrze je podkreśli. To największy rozmiar. Powinna pasować idealnie - dodała z mściwą satysfakcją. Właściwie nic do niej nie miała. Tylko to, że to Glen - mimo swych obfitych kształtów, pulchnych policzków i naiwnego uśmiechu mówiącego "przepraszam, że ośmielę się oddychać"- właśnie ta tłusta, prostoduszna Glen została prowadzącą szkolnego kółka dziennikarskiego. To Glen wybrano do głównej roli w szkolnym przedstawieniu, choć Caroline zadeklarowała chęć przytycia nawet trzech kilogramów, jeśli byłoby to konieczne. To Glen była lepsza z rachunków i angielskiego. To Glen... Lista zarzutów była długa. Nikt nigdy nie wypowiedział tego w głos, ale nic na pozór nie znacząca Glen w jakiś niewytłumaczalny sposób zalazła za skórę nadambitnej Caroline. To ona miała być ze wszystkiego najlepsza, to ona miała bezapelacyjnie królować w szkole. Świadomość, że ktoś, o kogo istnieniu połowa szkoły nawet nie wiedziała, był w czymś lepszy od niej... była nie do zniesienia.
- Ta powinna pasować. Do jutra. Bye, przystojniaczku. - Pomachała Jamesowi na pożegnanie i oddaliła się z triumfalnym uśmiechem do grupki swoich fanek.

Wbrew przewidywaniom Jamesa Glen wcale nie wyglądała na zachwyconą kreacją wybraną przez Caroline, wręcz przeciwnie. Z niesmakiem przyjrzała się najpierw samej sukience, dla pewności wciągnęła ją przez głowę. Ledwo wydostała się po drugiej stronie. O nie... O nie. O nie! Wygładziła wszystkie fałdki. Nic to nie dało. To nie materiał tak się marszczył, ale ciało pod nim.
- Co to ma niby być? - spytała z bardzo niezadowoloną miną. - Wyglądam w tym jak...
- Świnka - dokończył James i pokiwał głową. - Niestety. Nie masz się czym przejmować. Może tak właśnie powinno być? Skoro Caroline wybrała tę sukienkę... – dodał rozmarzonym głosem wyraźnie akcentując imię.
- Nigdy w życiu! - przerwała brutalnie, ściągając koszmarny ciuch.
- Dlaczego to aż tak ważne? Zazwyczaj nie przykładasz zbytniej uwagi do tego, co nosisz - odparł zdziwiony.
- Zazwyczaj - potwierdziła niechętnie, wciągając wytarte jeansy. - Jutro nie jest zazwyczaj. Jutro jest wielki dzień. Nikomu jeszcze nie mówiłam, ale... Zgłosiłam się do konkursu talentów. Nie wygadaj się przed rodzicami.
James przez dłuższą chwilę wyglądał, jakby nie tylko nie chciał, ale bardziej nawet nie mógł niczego powiedzieć. Gdy wreszcie otrząsnął się ze zdziwienia, zagwizdał tylko krótko. Po Glen nikt nie spodziewałby się czegoś takiego... A ona sama martwiła się jedynie brakiem sukienki.
2009
sierpien (1)





∗ ∗ ∗
Scarlett, the scarer, hg.